Z Wrocławiem i jego zabytkami związanych jest wiele interesujących legend. Jedną z nich jest legenda dotycząca głowy w murze katedry na Ostrowie Tumskim.
Wysoko w murze wieży katedry św. Jana Chrzciciela na Ostrowie Tumskim wystaje kamienna głowa, zastygła w niemym krzyku. Wskazania, gdzie dokładnie jej szukać, różnią się między przewodnikami – jedni każą patrzeć na wieżę południową od strony Odry, inni na ścianę od uliczki przy Papieskim Wydziale Teologicznym, a niemieckojęzyczne opisy Wrocławia umieszczają ją w wieży wschodniej. Wysokości ani materiału, z którego ją wykuto, nie podaje żaden opis budynku. Z tym intrygującym detalu na jednym z najciekawszych zabytków miasta związana jest legenda.
Legenda o głowie w murze wrocławskiej katedry
W wersji spisanej przez Oskara Kobla w zbiorze śląskich podań, wydanym w Lipsku w 1931 roku, głowa widoczna dziś na katedrze należała do czeladnika złotnika. Młody rzemieślnik poprosił o rękę córki swojego własnego mistrza i został odprawiony. Bogaty bankier pojawia się dopiero w opowieściach powtarzanych przez współczesne portale turystyczne. W zapisie z 1931 roku żaden z bohaterów nie ma imienia – ani młody rzemieślnik, ani córka złotnika. Imiona Henryk i Barbara pojawiają się dopiero w wersjach krążących po współczesnych portalach i w opowieściach przewodników, jako późniejszy naddatek do znacznie prostszej historii. Ojciec nie był jednak skory do takiego mezaliansu i odrzucił jego awanse, ale jednak wskazał, że młodzian będzie mógł dostać rękę córki, gdy dorobi się sporego majątku.
Odprawiony czeladnik schodzi w tym zapisie na drogę rozboju. Napada na gościńcach, długo ma szczęście i po latach wraca w rodzinne strony objuczony łupami, żeby prosić o rękę po raz drugi. Złotnik odmawia mu ponownie, bo majątek przywieziony przez dawnego ucznia nie pochodzi z rzemiosła. Wściekły rzemieślnik idzie wtedy do swojego krewnego, który pilnuje wieży przy katedrze. Nocą podkrada się pod dom mistrza, podpala go i wraca na wieżę, żeby stamtąd oglądać pożar, a im wyżej wchodzi, tym większą czuje radość.
Kara przychodzi w zapisie inaczej, niż powtarzają to dzisiejsze opowieści. Podpalacz ogląda pożar przez wąską szczelinę w murze, aż nagle robi mu się dziwnie i głowa zaczyna mu puchnąć. Nie daje się jej już cofnąć. Woła o pomoc, ale nikt nie przychodzi, bo ogień, który sam podłożył, ściągnął uwagę całego miasta, i czeladnik umiera z uduszenia. Zaciskające się wokół szyi mury wieży to wariant, który dołożyły dopiero późniejsze przekazy.
Skąd wzięła się głowa w murze? Literatura podaje dwie hipotezy
Obok legendy istnieje osobne pytanie o to, czym ta głowa właściwie jest. Krzysztof Kwaśniewski, autor pierwszego polskiego zbioru podań wrocławskich, stawia dwie możliwości obok siebie. Kamienna głowa mogła być czyimś portretem, umieszczonym zgodnie z ówczesnym zwyczajem żartem przez budowniczego, albo raczej wizerunkiem złego ducha, wmurowanym po to, żeby go unieszkodliwić. Wizerunki twarzy w ścianach kościołów bywały wiązane z ochroną przed duchami, ale z tym konkretnym detalem wrocławskiej katedry żadne badania takiej funkcji nie łączą.
Wobec tego podczas spacerów po wrocławskim Ostrowie Tumskim warto zwrócić również uwagę na mury katedry i poszukać głowy, która wykrzywiona w grymasie krzyku widoczna jest także dzisiaj.
Jak legenda brzmi w zapisie z 1931 roku
Podanie o kamiennej głowie spisano po niemiecku, pod tytułem „Vom steinernen Kopf auf dem Domturm zu Breslau”. Zebrał je Oskar Kobel, nauczyciel i publicysta, a jego zbiór „Schlesische Sagen” ukazał się w Lipsku w 1931 roku i wracał potem na rynek jako „Sagen aus Schlesien”.
W tej wersji nie pojawia się żaden bankier. Bohaterem jest czeladnik złotnika, który prosi o rękę córki swojego własnego mistrza i zostaje odprawiony. Z rozpaczy zostaje rozbójnikiem i po latach wraca w rodzinne strony objuczony łupami. Prosi o rękę drugi raz i drugi raz słyszy odmowę.
Wściekły idzie wtedy do krewnego, który pilnuje wieży przy katedrze. Nocą podkrada się pod dom złotnika, podpala go i wraca na wieżę. Ogląda pożar przez wąską szczelinę w murze i im wyżej wchodzi, tym większą czuje radość. Nagle głowa zaczyna mu puchnąć i nie daje się cofnąć ze szczeliny. Woła o pomoc, ale nikt nie przychodzi, bo ogień, który sam podłożył, ściągnął uwagę całego miasta. Umiera z uduszenia. To opowieść o karze, nie o miłości, a karą staje się własny pożar sprawcy.
Bankier, imiona i zaciskające się mury – jak opowieść zmieniała się po drodze
Podania nie mają jednej ustalonej postaci. W wersjach powtarzanych dziś przez przewodników i portale turystyczne złotnik awansuje na bogatego bankiera, czeladnik dostaje imię Henryk, jego wybranka bywa nazywana Barbarą, a odrzucone zaloty zamieniają się w historię odwzajemnionej miłości. Zmienia się też sama śmierć – zamiast puchnącej głowy w szczelinie pojawiają się mury wieży zaciskające się wokół szyi. W innym wariancie głowa należy nie do podpalacza, tylko do strażnika, który spłonął podczas pożaru katedry.
Żadnego z tych szczegółów nie ma w zapisie Kobla. Nie ma ich też w starszym zbiorze Johanna Gustava Büschinga „Volks-Sagen, Märchen und Legenden”, wydanym w Lipsku w 1812 roku i otwierającym się działem podań śląskich. Po polsku legendy wrocławskie opracował Krzysztof Kwaśniewski w „Podaniach i legendach dawnego Wrocławia”, wydanych przez Ossolineum w 1962 roku.
Gdzie szukać kamiennej głowy
Tu zaczyna się praktyczny problem, bo wskazania się różnią. Starsze polskie opisy każą patrzeć na wieżę południową od strony Odry. Opis z 2025 roku w portalu misyjne.pl radzi stanąć przy uliczce obok Papieskiego Wydziału Teologicznego, po przeciwnej stronie budynku. Niemieckojęzyczna wersja serwisu wroclawcitytour.pl z 2024 roku umieszcza detal w wieży wschodniej. Rozsądniej więc obejść katedrę dookoła i wodzić wzrokiem wysoko po murze, niż upierać się przy jednej ścianie.
Katedra ma cztery wieże – dwie zachodnie w fasadzie, mierzące blisko 98 metrów, i dwie wschodnie nad narożnymi przęsłami obejścia prezbiterium, które nigdy nie zostały ukończone. Opracowania poświęcone architekturze katedry o kamiennej głowie nie wspominają, więc jej wieku ani autora nie podaje żaden opis budynku. Przy okazji zerknij na gotycki portyk głównego wejścia, wzniesiony w latach 1465–1468. Po jego bokach stoją dwie mocno zatarte kamienne rzeźby, lew i orzeł.
Ostrów Tumski – wyspa, która wyspą być przestała
Najstarsze ślady osadnictwa sięgają tu X wieku, kiedy nad Odrą stał drewniany gród. Diecezję wrocławską erygowano w 1000 roku. Obecna katedra, czwarta z kolei, ma prezbiterium z lat 1244–1272, korpus nawowy z XIV wieku i kaplice boczne z XV stulecia. Wyspą Ostrów przestał być na początku XIX wieku, po 1807 roku, gdy przy wyburzaniu fortyfikacji zasypano odnogę Odry.
Cały zespół urbanistyczny Ostrowa Tumskiego oraz sąsiednich wysp trafił do rejestru zabytków w 1962 i 1967 roku. Wykaz Narodowego Instytutu Dziedzictwa datuje katedrę na XIII–XIX wiek, kolegiatę Świętego Krzyża i św. Bartłomieja na XII–XIV, a kościół św. Idziego na pierwszą połowę XIII stulecia.
Latarnie gazowe i wieczorny rytuał
Na uliczkach Ostrowa Tumskiego pali się blisko sto latarni gazowych, które ktoś zapala ręcznie, jedna po drugiej. Zarządza nimi Zarząd Dróg i Utrzymania Miasta, a obsługę wykonuje wrocławska firma Gaz Technik, wyłaniana co roku w przetargu. Według stanu ze stycznia 2025 roku latarnik chodził w cylindrze i pelerynie z herbem Wrocławia, zapalał lampy tuż przed zmrokiem i gasił pół godziny przed świtem – zimą obchód zaczynał się około 15.20, latem gaszenie wypadało około 2.45, a zapalanie około 20.45. Umowa na tę usługę jest roczna i rozstrzygana każdego grudnia. Pierwsze latarnie gazowe zapłonęły we Wrocławiu w 1847 roku.
Jednego miejsca ten obchód już nie obejmuje. Podczas remontu Mostu Tumskiego, zakończonego w lutym 2020 roku, przedwojenne latarnie gazowe zdemontowano i przeniesiono na inne uliczki wyspy, a na moście stanęły lampy elektryczne w stylu historycznym. Sam most, wzniesiony w latach 1888–1889, ma osobny wpis do rejestru zabytków.
Co jeszcze zobaczyć w okolicy
Niespełna dwieście metrów na zachód od katedry stoi kolegiata Świętego Krzyża i św. Bartłomieja, świątynia dwupoziomowa o niewielu odpowiednikach w Europie. Do dolnego kościoła św. Bartłomieja i do górnego Świętego Krzyża wchodzi się osobno i właśnie dla tego układu warto tam zajrzeć. Bliżej Odry stoi kościół św. Marcina, a przy Katedralnej 4 kościół św. św. Piotra i Pawła.
Tuż przy placu Katedralnym znajdziesz kościół św. Idziego, z którym wiąże się osobna opowieść o Bramie Kluskowej – pisaliśmy o niej w tekście Kościół św. Idziego i legenda o Bramie Kluskowej. Jeśli szukasz kolejnej legendy o karze, sięgnij po podanie o ludwisarzu, który zabił ucznia przy odlewaniu dzwonu. Spisali je bracia Grimm w „Deutsche Sagen”, wydanych w Kassel w latach 1816–1818, ale uwaga – tamta historia dotyczy dzwonu w kościele św. Marii Magdaleny na Starym Mieście, a nie żadnej ze świątyń Ostrowa Tumskiego.



3.5